Z Mariuszem Gradem, posłem na Sejm, obserwatorem z ramienia OBWE wyborów w Tunezji, rozmawia Marian Adam Stawecki
Arabska wiosna wolności, jak to nieraz bywa określane, rozpoczęła się w styczniu w Tunezji od obalenia dyktatora Zina el-Abidina Ben Alego. Był to przykład dla innych krajów arabskich rządzonych przez dyktatorów, przykład w obalaniu dyktatur. Po 10 miesiącach Tunezja znowu daje przykład innym krajom, które poszły w jej ślady. Tym razem organizuje pierwsze w świecie arabskim wolne wybory demokratyczne, które odbyły się 23 października. Pan był jednym z ich obserwatorów z ramienia OBWE. Jaka jest rola takiego obserwatora?
Istotnie, byłem obserwatorem wyborów w Tunezji z ramienia Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, tak jak kilku innych posłów z naszego Sejmu, ale też i parlamentarzystów z innych europejskich krajów. W dniu wyborów zadaniem obserwatorów jest odwiedzenie 10-20 punktów wyborczych, spędzenie tam kilkudziesięciu minut na obserwacji całej procedury wyborczej i spisanie na odpowiednich formularzach swoich uwag i spostrzeżeń. Dotyczy to prawidłowości przebiegu wyborów – czy wszystko zostało zabezpieczone i udostępnione wyborcom tak, aby przebieg wyborczej procedury nie budził zastrzeżeń.
A budził?
Jest to moja bodaj już dwunasta misja wyborcza jako obserwatora i w przypadku Tunezji muszę podkreślić, że co do procedury wyborczej, to nie było w tym względzie najmniejszych uwag. To było prawdziwe święto demokracji. Ludzie wylegli na ulice i przed lokalami wyborczymi po kilka godzin stali w kolejkach, aby wziąć udział w akcie wyborczym. Takich obrazów nie widziałem w trakcie żadnej z dotychczasowych moich misji. Tunezyjczycy autentycznie cieszyli się z udziału w tych pierwszych wyborach demokratycznych, byli dumni, że za ich sprawą do nich doszło, stąd też tak liczne ich uczestnictwo. Reasumując – według mojej oceny, jak i oceny moich kolegów obserwatorów, były to bardzo rzetelne wybory, przeprowadzone przy zachowaniu całej demokratycznej procedury.
A ta procedura wcale łatwa nie była. Co takiego różniło ją od wyborów przeprowadzanych w naszym kraju?
Przede wszystkim bardzo – że tak powiem – wzniosłe i dostojne podejście wyborców do wyborczego aktu. Widać to było na każdym kroku. To kilkugodzinne oczekiwanie w kolejce, by dostać się przed oblicze komisji wyborczej jest nie do pomyślenia w naszym kraju. U nas nikt by nie czekał, tam czekali, i nie było widać najmniejszego zdenerwowania. Przed komisją wyborczą stawał zawsze tylko jeden wyborca, okazywał stosowny dokument, a następnie, zanim otrzymał kartę do głosowania, musiał umoczyć palec wskazujący w atramencie, którego nie dawało się zmyć przez kilka dni. W ten sposób zapobiegano próbom wielokrotnego głosowania. Następnie otrzymywał kartę do głosowania, ostemplowaną na odwrocie pieczęcią komisji wyborczej we wszystkich czterech rogach. Stemple stawiał przewodniczący komisji w obecności wyborcy. To wszystko trwało, a mimo to w wyborach wzięło udział ponad 90 proc. wyborców.
I sam wybór również łatwy nie był, biorąc pod uwagę fakt, że do wyborów stanęła ponad setka ugrupowań partyjnych. Jak z tym sobie radzono?
Poradzono. I to w sytuacji, kiedy tych partii, jak nas poinformowano, startowało około dwustu. W tych okręgach, które ja odwiedziłem, liczba ubiegających się o mandaty ugrupowań mieściła się w przedziale od 70 do 90 partii. Pełny pluralizm i pełna oferta. Tunezyjczycy uwierzyli, że sami mogą stanowić o własnym państwie, wolnym państwie, wolnym od dyktatury. Pomimo wielości ugrupowań partyjnych główną rolę odgrywały w wyborach w zasadzie cztery partie, które pojawiły się kilka lat wcześniej przed obaleniem dyktatora Ben Alego. I choć zdelegalizowane, to jednak działały w podziemiu, z przywódcami na uchodźstwie, którzy teraz wrócili do wolnej Tunezji. Reszta partii dopiero była w trakcie organizacji i w tych wyborach niejako się przecierała.
Bo kolejne wybory już za rok.
Właśnie. Tunezyjczycy wybrali 217 członków swojego parlamentu, którego głównym zadaniem przez rok będzie napisanie konstytucji Tunezji, w myśl której po roku odbędą się kolejne wybory. W tych za rok, o czym jestem przekonany, wystartuje znacznie mniej ugrupowań z tej wielości partii stworzonych przez sojusze.